Wednesday, June 13, 2007

Demokracja europejska czy dyktat europejski?


Demokracja europejska czy dyktat europejski?
Nasz Dziennik, 2007-06-13
Z dr. Waldemarem Gontarskim - dyrektorem Centrum Ekspertyz Prawnych Zarządu Głównego Zrzeszenia Prawników Polskich i redaktorem naczelnym "Gazety Sądowej", rozmawia Mariusz Bober

Czy podziela Pan pogląd, że przyjęcie konstytucji Unii Europejskiej w obecnym kształcie prowadziłoby do unicestwienia państw narodowych, w tym Polski?
- Na temat konstytucji unijnej pisałem już w 2002 r., w artykule pod znamiennym tytułem "Stany Zjednoczone Europy" (w czasopiśmie "Prawo Europejskie i Międzynarodowe", nr 1/2002 r.; opublikowana została też wersja w języku angielskim: United States of Europe? Gontarski Waldemar, 2003, 2 (7) 87-97 The Polish Foreign Affairs Digest). A więc zajmowałem się tym jeszcze dwa lata przed przyjęciem Polski do UE, gdy tylko przewodniczący Europejskiego Konwentu Konstytucyjnego Valery Giscard d?Estaing przedstawił tzw. szkielet przyszłej konstytucji europejskiej. Porównywałem sposób tworzenia ustawy zasadniczej USA z unijną. Jest tutaj bardzo dużo zbieżności, m.in. art. 6, czyli zasada nadrzędności prawa - w USA federalnego nad stanowym; w przypadku Traktatu ustanawiającego konstytucję dla Europy - unijnego nad krajowym. Artykuł 6 amerykańskiej ustawy zasadniczej uchodzi za najważniejszy przepis tego aktu, bez którego to przepisu nie byłoby dzisiaj USA jako państwa. Musimy jednak pamiętać, że kolonistów amerykańskich, którzy najpierw ogłosili Deklarację Niepodległości Stanów Zjednoczonych (1776 r.) i Artykuły Konfederacji (1777 r.), a dziesięć lat później konstytucję Stanów Zjednoczonych Ameryki, łączyła walka o niepodległość od Korony. Słowem, suwerenność kolonii angielskich poprzedzająca ogłoszenie konstytucji USA liczona była w latach. Suwerenność państw Starego Kontynentu jest mierzona wiekami. Dlatego amerykańskim stanom stosunkowo łatwo było rozstać się z kompetencjami przekazywanymi organom federalnym. W Europie tworzy się tymczasem podobny system, ale jako federację robioną po cichu, za plecami obywateli.

W jaki sposób się to dokonuje?
- Zasadę nadrzędności prawa wspólnotowego Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu (najbardziej profederalny organ Wspólnoty) wprowadził już w pierwszej połowie lat 60. ubiegłego wieku, jako tzw. niepisane prawo sędziowskie, bo zasada ta nie została zapisana w traktatach założycielskich. Ponadto Trybunał, też jako prawo niepisane, stworzył kompetencje dorozumiane Wspólnoty. Zgodnie z traktatami założycielskimi Wspólnota (Unia) działa w granicach przyznanych jej kompetencji oraz celów wyznaczonych jej przez traktaty. Tymczasem na początku lat 70. Trybunał orzekł, że organom Wspólnoty przysługuje pewien zakres swobody wyboru środków niezbędnych do realizacji celów wskazanych w traktacie. Tutaj Trybunał, zamiast kompetencjom przyznanym, wyraźnie podporządkował się zasadzie kompetencji dorozumianych. W efekcie organy Wspólnoty, wbrew traktatom założycielskim ratyfikowanym przez państwa członkowskie, zaczęły zawłaszczać sobie kompetencje kosztem organów władzy państw członkowskich. W sumie Unia jest tutaj bardziej federalna niż USA (sic!). Zasada federalizmu amerykańskiego zakłada, że kompetencje nieprzydzielone w konstytucji federacji należą do samych stanów, tzn. istnieje domniemanie kompetencji rządów lokalnych, a nie federalnych i nie ma mowy o jakichś kompetencjach dorozumianych władz federalnych. Kompetencje dorozumiane Wspólnoty jako nielegalne są krytykowane przez przedstawicieli nauki europejskiej oraz przez sądownictwo krajowe, np. orzeczenie niemieckiego Federalnego Sądu Konstytucyjnego z 12 października 1993 r. w sprawie Maastricht (Traktatu o Unii Europejskiej z 1992 r.). Jednak dzisiaj nadrzędność prawa unijnego nad krajowym i unijne kompetencje dorozumiane składają się na tzw. dorobek wspólnotowy UE. Przystępując do Unii, Polska zobowiązała się do jego respektowania.

Co zmienia eurokonstytucja?
- Projekt konstytucji unijnej po prostu to sankcjonuje i - co istotne - dalej ogranicza suwerenność państw narodowych. Wstępując do Unii, zgodziliśmy się na transfer suwerenności, który można wyrazić cyframi. Otóż rozmiar kompetencji ustawodawczych przekazanych UE przez parlamenty narodowe szacuje się na dwie trzecie, a w przypadku prawa gospodarczego wynosi to aż 80 procent. W konstytucji unijnej dalsze ograniczanie suwerenności państw sprowadza się w dużej mierze do nowego podziału kompetencji (art. 11 i następne eurokonstytucji). Wyodrębniono kompetencje wyłączne UE, w myśl których prawo mogą ustanawiać tylko organy UE. Chodzi tu o kompetencje w takich dziedzinach, jak: prawo konkurencji, polityka monetarna (dla strefy euro), wspólna polityka handlowa i celna czy zachowanie zasobów morskich w ramach wspólnej polityki rybołówstwa. I to jest klarowne. Dalej mamy jednak kompetencje dzielone (art. 12 ust. 2), tu już jest znacznie bardziej trudna sprawa. Kompetencje dzielone mogą przysługiwać państwom członkowskim, jeśli Unia ich nie realizuje albo zrezygnowała z nich. Chodzi tu o: rynek wewnętrzny, politykę społeczną, spójność gospodarczą, społeczną i terytorialną, rolnictwo i rybołówstwo, środowisko naturalne, ochronę konsumentów, transport, sieci transeuropejskie, energię, przestrzeń wolności, bezpieczeństwa i sprawiedliwości, zdrowie publiczne. Dopiero na końcu mamy kompetencje przysługujące państwom narodowym, których realizację UE może co najwyżej wspierać, ale nie może harmonizować przepisów prawa poszczególnych państw. Chodzi tu o krajową politykę społeczną, ochronę zdrowia, edukację, sport, turystykę, kulturę, obronę cywilną czy politykę administracyjną. Natomiast szczególne kompetencje ma mieć Unia w ramach wspólnej polityki zagranicznej, łącznie z ustanowieniem urzędu mianowanego ministra spraw zagranicznych (art. 28).

Jak się to ma do polskiego prawa?
- Akceptując podczas referendum traktat akcesyjny, przekazaliśmy Unii większość kompetencji przysługujących dotąd parlamentowi krajowemu. Projekt konstytucji unijnej przyznaje jeszcze więcej władzy organom UE. Tymczasem art. 90 ust. 1 Konstytucji RP stanowi, że możemy przekazać tylko niektóre uprawnienia ("kompetencje organów władzy państwowej w niektórych sprawach"). Ktoś powie, no dobrze, może nasze członkostwo w Unii jest sprzeczne z Konstytucją RP, ale Naród w referendum zgodę na członkostwo w UE wyraził. Zapomina się jednak, że Naród został wprowadzony w błąd przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, którego kancelaria do wszystkich polskich mieszkań wysłała przed referendum akcesyjnym broszurę z informacją, że nasza suwerenność po przystąpieniu do Unii się nie zmniejszy. Bezskutecznie wtedy domagałem się od Kancelarii Prezydenta RP sprostowania tego kłamstwa. Teraz nasi negocjatorzy w ramach rozmów o reanimacji projektu unijnej konstytucji powinni podnieść argument, że obywatele Polski podczas referendum akcesyjnego nie wyrażali zgody na tak daleką utratę suwerenności, jak to się proponuje w eurokonstytucji. Skutkiem naszej zgody byłoby pogłębianie deficytu demokracji, a konstytucja miała eliminować ten deficyt.

A więc już obecnie członkostwo Polski w UE jest niezgodne z naszą Konstytucją?
- Konstytucja mówi, że Polska może przekazać tylko niektóre uprawnienia. Tymczasem wstępując do UE, przekazaliśmy jej większość kompetencji w zakresie stanowienia prawa. Natomiast przyjmując konstytucję unijną w obecnym kształcie, zachowalibyśmy tylko niektóre uprawnienia, a to byłoby z całą pewnością sprzeczne z naszą ustawą zasadniczą. Przytoczmy choćby art. 16 ust. 1 eurokonstytucji: "Kompetencje Unii w zakresie wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa obejmują wszelkie dziedziny polityki zagranicznej i wszelkie sprawy dotyczące bezpieczeństwa Unii, w tym stopniowe określanie wspólnej polityki obrony, która może prowadzić do wspólnej obrony".

Jakie znaczenie w tej sytuacji ma spór o sposób liczenia głosów w Radzie UE?
- Od samych początków, a więc od utworzenia Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali 23 lipca 1952 r., aż do czasu przyjęcia Polski do Unii 1 maja 2004 r., obowiązywała podczas podejmowania decyzji przez Radę UE - przy kwalifikowanej większości - zasada degresywnej proporcjonalności, faworyzująca małe państwa i w efekcie tworząca równowagę między małymi, średnimi i dużymi krajami. Dopiero traktat z Nicei, dostosowując sposób podejmowania decyzji unijnych do 27 państw członkowskich, zmienił to, kładąc nacisk na preferowanie dużych i średnich państw. Skorzystała więc na Nicei obok Hiszpanii również Polska i w mniejszym stopniu Rumunia. Można powiedzieć, że teraz Europą rządzi sekstet: Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Włochy oraz Polska i Hiszpania. Projekt konstytucji unijnej wyrzuca z tego dyrektoriatu Polskę i Hiszpanię, gdyż preferuje tylko kraje duże - poprzez zasadę podwójnej większości (liczby krajów i mieszkańców). Duże państwa oraz Parlament Europejski są zdecydowanymi zwolennikami utrzymania zasady podwójnej większości, zapisanej w tekście Traktatu ustanawiającego konstytucję dla Europy, przyjętego 29 października 2004 r., o którym tutaj mówimy. Zgodnie z propozycją tam zawartą do podjęcia decyzji kwalifikowaną większością w Radzie UE, gdy Rada działa na wniosek Komisji, potrzeba zgody co najmniej 15 państw posiadających co najmniej 55 proc. głosów, ale państwa te muszą liczyć co najmniej 65 proc. ludności Unii. Ten czynnik demograficzny wzmacnia duże kraje, bo im większe państwo, tym waga jego obywatela rośnie. Jednocześnie okazuje się, że eurokonstytucja oparta jest na zakłamaniu. W jednym miejscu (przepisy o podwójnej większości) oddaje ona Europę w ręce czterech największych państw, a w innym - zawiera następującą definicję "zasady demokratycznej równości": "We wszystkich swych działaniach Unia przestrzega zasady równości swych obywateli, którzy są traktowani z jednakową uwagą przez jej instytucje, organy i jednostki organizacyjne". Przy demograficznym sposobie liczenia głosów niemiecki minister uczestniczący w posiedzeniu Rady podczas głosowania miałby prawie taką samą siłę jak reprezentanci polskich i hiszpańskich obywateli razem wzięci. Dlatego władze Polski proponują system pierwiastkowy, preferujący małe i średnie państwa...

Niestety, niemal samotnie...
- System ten jest korzystny dla większości państw członkowskich. Warto jednak przypomnieć, że to nie nasze władze pierwsze wyszły z tym pomysłem. Wcześniej - w 2001 r. - zrobiły to władze Szwecji. Polska po prostu teraz przypomniała szwedzki pomysł mający podstawy naukowe (wymyślony kilkadziesiąt lat temu przez matematyków), jednak - niestety - bez odpowiedniej konsultacji z innymi państwami. Porozumieliśmy się jedynie z Czechami. Jeśli mielibyśmy rzeczywiście poważnie walczyć o system pierwiastkowy, już rok temu nasze służby dyplomatyczne powinny o to zabiegać w innych państwach członkowskich. W każdej ofensywie dyplomatycznej udział szefa rządu czy głowy państwa powinien wieńczyć cały proces. My mamy tylko końcówkę, bez tego zasadniczego rdzenia dyplomatycznego. Efekt jest taki, że albo w grę wchodzi jednostronna uległość, albo obudzenie się w ostatniej chwili, skorzystanie z prawa weta i robienie awantury na całą Europę. Trzeba było rozmawiać zwłaszcza z krajami bałtyckimi - argumentując, że system pierwiastkowy ma zapobiec dyktatowi dużych państw. Również z innymi państwami małymi i średnimi, które w UE stanowią zdecydowaną większość. Jeśli UE chce być naprawdę demokratyczna, powinna się trzymać zasady: 1 państwo - 1 głos. Taki tryb podejmowania decyzji zwykłą większością był dotychczas naczelną zasadą w działalności Wspólnoty. Jednak problem trzeba widzieć nie w Unii czy w Niemczech dążących do jak najszybszego wprowadzenia w życie systemu umożliwiającego dużym państwom stworzenie koalicji, która jak walec przetoczyłaby się po innych.

Gdzie w takim razie?
- Problem tkwi w zachowaniu polityków i dyplomatów reprezentujących nas w rozmowach o integracji europejskiej. Tak się gra, jak na to pozwala partner. Czy nam się to podoba, czy nie, UE jest grą interesów narodowych. Tymczasem władze Polski właściwie nie prowadzą negocjacji, włączając się dopiero w ostatniej chwili. To urąga zasadom demokracji europejskiej! Gdy przed wstąpieniem Polski do Unii znalazłem liczne błędy w traktacie akcesyjnym, ekipa ówczesnego premiera Leszka Millera, z nim samym na czele, odsądzała mnie od czci i wiary, atakowała w mediach ad personam. Później okazało się, że miałem rację, a Polska na tym straciła setki milionów euro.
Dlaczego tak było? Bo negocjowała Unia sama ze sobą. Ci ludzie z polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, którzy wcześniej prowadzili negocjacje z UE, robią to - a mówiąc dokładniej, zachowują daleko idącą bezczynność - również teraz, zajmując się unijną konstytucją. Jedynym rozwiązaniem problemu ochrony polskiego interesu narodowego byłoby rozwiązanie MSZ i nabór od nowa służby dyplomatycznej z klucza merytorycznego, a nie z klucza ideologii i służb specjalnych.

Czyli obecnemu stanowi rozmów na temat konstytucji UE winne są służby dyplomatyczne Polski?
- Co do zasady jest tak jak za rządów Millera i Belki. Różnica polega na tym, że teraz interes narodowy nie jest już traktowany jako coś wstydliwego, w kategoriach niepoprawności politycznej, ale de facto nikt o niego nie dba (albo budzimy się za pięć dwunasta). Weźmy np. decyzję minister finansów Zyty Gilowskiej. W ubiegłym roku, 22 grudnia, pani minister wydała rozporządzenie znoszące ulgi podatkowe, które radykalnie pogorszyło opłacalność produkcji biopaliw i zniszczyło produkcję paliw odnawialnych. Minister tłumaczyła, że rozporządzenie opracował jej młody zastępca, który pracował wcześniej w instytucjach UE. Razem przekonali premiera Jarosława Kaczyńskiego, że domaga się tego od nas Komisja Europejska, gdyż dotychczasowe ulgi podatkowe stanowiły niedozwoloną prawem wspólnotowym pomoc publiczną. Przygotowując dla rządu opinię na ten temat, poprosiłem Ministerstwo Finansów o pismo, w którym Unia rzekomo zażądała zniszczenia opłacalności produkcji biopaliw w Polsce. Okazało się, że takiej dokumentacji nie ma (oto konkluzja z mojej opinii: "Wbrew twierdzeniom wyrażonym w uzasadnieniu projektu rozporządzenia z dnia 22 grudnia 2006 r., nie istnieje stanowisko Komisji stwierdzające niedozwoloną pomoc publiczną w zakresie stosowanych wysokości ulg na biopaliwa"). Wynika z tego wniosek, że jest tak, jak było za PRL, tzn. że gdy ktoś, lekceważąc interes narodowy, nie miał argumentów merytorycznych, powoływał się na względy ideologiczne, na Związek Sowiecki i na Lenina. Różnica polega jedynie na tym, że teraz powołuje się nie na Wschód, tylko na Zachód, na Unię Europejską.

Czyli, Pana zdaniem, problem braku dbałości o interes narodowy dotyczy nie tylko MSZ, ale także innych urzędników, m.in. Ministerstwa Finansów?
- Jak dbamy o swój interes - tak on wygląda. A sprawa embarga na polskie mięso do Rosji? To czysty skandal prawny, ale skandal powodowany przez polską dyplomację. Nasza polityka handlowa po przystąpieniu do UE należy do wyłącznych kompetencji Brukseli, a nie Warszawy. Skoro przystępując do UE, zgodziliśmy się na uwspólnotowienie polityki handlowej, to Polska w zakresie eksportu i importu, tak jak każde państwo członkowskie, pozbawiona jest możliwości działań indywidualnych. Mówiłem o tym w "Naszym Dzienniku", zaraz gdy powstał problem. Zgodnie z prawem wspólnotowym Bruksela (czyli organy Unii) po nieudanych negocjacjach z Moskwą na rosyjskie embargo powinna zareagować adekwatnie (proporcjonalnie), czyli też embargiem, a jeśli tego nie robi, to zgodnie z Traktatem ustanawiającym Wspólnotę Europejską Warszawie przysługuje skarga na bezczynność Brukseli do Luksemburga (do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości). Kierowane przeze mnie Centrum Ekspertyz Prawnych przygotowało już w ubiegłym roku projekt stosownej skargi, ale w MSZ jest tak jak za ministra Cimoszewicza, tzn. nikt nie chce nas wysłuchać. Podobnie dwa lata temu w ekspertyzie opublikowanej w "Rzeczpospolitej" jako pierwszy ekspert zwracałem uwagę, że w sprawie Gazociągu Północnego prawo, również wspólnotowe - jest po naszej stronie. Wtedy pan Lech Kaczyński za pośrednictwem pana Piotr Woźniaka (obecnego ministra gospodarki) zwrócił się do mnie o opinię i podczas kampanii prezydenckiej posługiwał się nią. Teraz w MSZ nie chcą słyszeć o rozwiązywaniu również tego problemu na drodze prawnej.
Albo kwestia majątkowych roszczeń niemieckich. Trzy lata temu studiując umowy zawarte między RFN a USA, Wielką Brytanią i Francją, znalazłem układ z 26 maja 1952 r., w którym Niemcy wzięły na siebie ewentualne roszczenia majątkowe swoich obywateli wobec tych trzech państw. Skrót opinii opublikowałem wtedy na łamach "Rzeczpospolitej". Tutaj też brakuje naszej odpowiedniej ofensywy dyplomatycznej.

Czyli problem jest jeszcze szerszy?
- Chodzi o to, że bez względu na to, kto stoi na czele rządu, obowiązuje ta sama mentalność w poszczególnych ministerstwach. Jedynym sposobem na wyjście z tej indolencji byłoby otwarcie administracji rządowej na świat nauki, świat ekspertów. Po prostu dziś premier nie bardzo ma na kim się oprzeć.

Wracając do systemu ważenia głosów w Unii Europejskiej - niektórzy eksperci podkreślają jednak, że cała reforma UE zmierza do pozbawienia państw członkowskich suwerenności, nawet jeśli abstrahować od problemu podziału głosów w Radzie Unii.
- Rzeczywiście, już sama nazwa "konstytucja" uderza w suwerenność państw narodowych. Byłaby to jakaś podstawa do ustanowienia państwa federalnego w Europie.

A może konstytucja w ogóle nie jest Unii potrzebna?
- UE to bardzo skomplikowana i mocno nieprzejrzysta organizacja, która staje się coraz mniej klarowna po każdym kolejnym rozszerzeniu. Dlatego rzeczywiście trzeba zreformować jej funkcjonowanie, aby nie dopuścić, by coraz bardziej szalała unijna biurokracja. Nie należy tego jednak nazywać konstytucją. Trzeba wszystko uprościć, tak jak nakazywała to twórcom konstytucji unijnej Deklaracja w sprawie przyszłości Unii Europejskiej, przyjęta przez szczyt w Laeken w grudniu 2001 roku.

Czy obecny projekt spełnia te oczekiwania?
- Niestety nie. Dlatego podkreślam, że nie spełnia on oczekiwań, jakie wcześniej wiązały z reformą UE kraje unijne. Z tą konstytucją pchamy się właśnie pod walec największych państw. Wprowadzenie konstytucji UE w obecnej formie powodowałoby, że z jednej strony zostałyby rozszerzone kompetencje organów Unii kosztem państw narodowych i kwitłaby eurobiurokracja pozbawiona legitymacji demokratycznej, a z drugiej - na działalność tych organów dominujący wpływ miałyby kraje duże. Byłaby to więc utrata suwerenności nie na rzecz Unii, ale w pierwszej kolejności na rzecz Niemiec. Powtarzam, jest to wbrew woli twórców integracji europejskiej, którzy kierowali się zasadą degresywnej proporcjonalności, preferującej państwa mniejsze.

Prezydencja niemiecka uznała obecny projekt konstytucji za bazowy, do którego można zgłaszać poprawki i uwagi. Skoro uważa Pan, że UE potrzebuje jednak jakiegoś dokumentu porządkującego jej funkcjonowanie, co by Pan zmienił w tym dokumencie?
- Po pierwsze, powrót do Laeken. Niech nasi dyplomaci przypomną sobie cztery grupy zagadnień tam sformułowanych i niech od ich przytoczenia zaczynają wszelkie negocjacje europejskie: 1) klarowny podział kompetencji; 2) uproszczony sposób tworzenia prawa przez organy UE; 3) wzmocnienie legitymacji demokratycznej, przejrzystości i skuteczności instytucji unijnych; 4) uproszczenie traktatów założycielskich. Najlepiej byłoby jednak zachować nicejski system głosowania w Radzie UE, który i tak dowartościowuje duże państwa w stosunku do systemu poprzedniego, ewentualnie wprowadzić system pierwiastkowy. Drugą pilną kwestią jest wyjaśnienie podziału kompetencji. Musi być jasno określone, że tylko to, co zapisały państwa członkowskie w ratyfikowanych przez nie traktatach, może przypaść UE, a nie Unia sama decyduje, ile sobie kompetencji weźmie. W przeciwnym razie nasze członkostwo odbywa się w ciemno, a raczej jest jasne, ale tylko dla dużych państw. Unia powinna realizować jedynie kompetencje przekazane (powierzone) jej bezpośrednio (na piśmie) przez państwa członkowskie. Słowem, trzeba wrócić do tego, co było u podstaw integracji europejskiej. System sprawowania władzy unijnej musi preferować mniejsze i średnie kraje, bo takich państw na Starym Kontynencie jest większość. Jeśli mniejszość (skupiająca duże państwa) ma decydować o większości, to co to za demokracja europejska. Właśnie teraz trzeba postawić sprawę jasno: demokracja europejska czy dyktat europejski?!

Na gruzach chrześcijaństwa?
- No i ten brak odesłania do wartości chrześcijańskich. Nasza cywilizacja, cywilizacja łacińska, nie wykształciła własnej moralności, lecz jako własną przyjęła moralność chrześcijańską. Czym się kończy prawo bez moralności, pisał Karol Wojtyła pod koniec lat 50. na łamach "Tygodnika Powszechnego" w felietonie pt. "Prawo natury": "W 1946 r. Trybunał w Norymberdze skazywał zbrodniarzy ostatniej wojny wedle kodeksu natury, kodeksu niepisanego, a jednak zarówno sędziom, jak i oskarżonym, jak i wszystkim świadkom tego trybunału, który sądził na oczach całej ludzkości, nie przyszło do głowy, aby kwestionować słuszność wyroku". Tego oparcia na naturalnych, cywilizowanych, moralnych korzeniach brakuje w eurokonstytucji. Bardziej należałoby umierać za odesłanie do wartości chrześcijańskich niż za system pierwiastkowy.

Czy UE powinna mieć osobowość prawną?
- Uważam, że jest konieczna, tak jak dotychczas, co najmniej osobowość Wspólnoty, czyli osobowość pierwszego filaru Unii Europejskiej. Wszystko po to, aby Wspólnota mogła nas chronić np. przed rosyjską agresją handlową i energetyczną. Jednak nadawanie osobowości całej Unii, a więc również obecnemu II jej filarowi (wspólna polityka zagraniczna i bezpieczeństwa) oraz III (współpraca policyjna i sądowa w sprawach karnych), siłą rzeczy będzie oznaczać dalsze ograniczanie suwerenności państw członkowskich i tworzenie federacji - Stanów Zjednoczonych Europy. Chyba że Naród tego chce, ale najpierw trzeba o to Naród uczciwie zapytać, a nie działać w stylu kłamstwa Kwaśniewskiego. Oczywiście, powstanie federacji w sposób radykalny uprościłoby funkcjonowanie UE. Trzeba sobie jednak uświadomić, że za cenę naszej suwerenności.

Jak odpowiedziałby Pan euroentuzjastom, że niewprowadzenie eurokonstytucji osłabi sprawność UE?
- Straszą też innymi opowieściami - np. tym, że powstanie tzw. twarde jądro, a reszta państw będzie miała mniejszy wpływ na funkcjonowanie UE, tak jakby właśnie tego nie zakładała eurokonstytucja. Albo straszyli nas, że Unia może się powiększać np. o Bułgarię i Rumunię, ale bez Polski. Jeśli z jednej strony będzie się budować UE na wzór federacji USA, a z drugiej - utrzymywać państwa narodowe, to musi szaleć eurobiurokracja, podatnicy będą musieli utrzymywać podwójny system władzy: rosnącą w siłę władzę UE i dogorywającą, ale ciągle istniejącą ze swą administracją władzę w państwach członkowskich. Kto na to zarobi? Następnie, kto rozwikła bałagan kompetencyjny, jaki przy tym będzie królował? Wprowadzenie w życie unijnej konstytucji oznaczałoby, że tak jak dzisiaj nieklarowna UE oznacza dyktat eurobiurokratów, tak Unia pod rządami eurokonstytucji (coraz bardziej komplikującej integrację europejską, coraz bardziej komplikującej podział kompetencji i z systemem podwójnej większości) - oznaczałaby podwójny dyktat: nie tylko eurobiurokratów, ale i państw największych.

No comments: